„Zielona wyspa”  opowieść o klaustrofobicznym raju – Igor Ostachowicz

„Zielona wyspa” opowieść o klaustrofobicznym raju – Igor Ostachowicz

Magda trafia do obiecanego raju, jakim miała być wycieczka na bezludną wyspę opłacona przez niezbyt sympatycznego męża-zazdrośnika. Szybko okaże się jednak, że bohaterka nie jest sama na wyspie i nawet z torbą wypełnioną fikuśnymi zestawami tabletek może czuć się niepewnie. Ale jej tajemniczy towarzysz, mimo przewagi fizycznej też nie może czuć się bezpiecznie w towarzystwie Magdy. Oboje snują masę przypuszczeń, przeprowadzają ze sobą wywiady i ranią w dotkliwy sposób. Wyspa, która nie obiecywała niczego poza spokojem staje się ciasnym więzieniem. „Zielona Wyspa” – Igor Ostachowicz

Sam tytuł nie od razu mi się spodobał, bo kojarzył się z rajem obiecanym, a tak naprawdę bezludna wyspa nie ma prawa obiecywać szczęścia… Poczucie szczęścia jest raczej uzależnione od nas. Już po samej lekturze nie znalazłabym jednak lepszego tytuły dla tej historii i muszę w tym miejscu zacytować samego autora:

„Ludzkie doświadczenia dużo częściej opierają się na fikcji niż na rzeczywistości. Ludzie dużo więcej wiedzą na temat schematów tworzenia opowieści niż na temat własnego życia” – Xięgarnia.

Potwierdza to trochę moje przypuszczenia, że Igor Ostachowicz wcale nie chce zagłębiać się w świecie fikcji – sztuki dla sztuki, tylko dokonuje diagnozy ludzkich zachowań, umysłowych popędów – realizacji, zadowolenia z siebie, motywacji i całego tego idiotycznego zbioru przykazań, poleceń i podpowiedzi, które rzekomo miały prowadzić nas do szczęścia. W rzeczywistości mogą doprowadzać nas do frustracji i szaleństwa, dlatego czym prędzej kopnijmy je w cztery litery, jeśli jeszcze w ogóle mamy na to siły.
Szperając w necie w poszukiwaniu wywiadów z Igorem Ostachowiczem dotarłam to zdania, w którym autor przyznaje, że jego przygoda z polityką raczej przeszkadza mu w reklamie niż pomaga. I tak jest! Wszystko tu się teraz wydaje podejrzane, łącznie z tytułem i całą powieścią. Okazuje się , że koncepcja Zielonej wyspy, to projekt niczym z laboratorium szalonego naukowca. Że zamiast osiągnąć pewien poziom dobrobytu i cieszyć się z niego, jak nasi zachodni sąsiedzi lub nawet ci bogatsi sąsiedzi 10 metrów dalej. Podejrzane jest, że my tu za chwilę dogonimy zachód, podejrzane jest, jak ktoś twierdzi, że szczęście jest gdzieś tutaj blisko, na wyciągnięcie ręki, tylko widocznie jesteśmy idiotami skoro po nie sięgamy.
Smutna to prawda, że szczęście nie jest króliczkiem (tudzież zającem), którego można dogonić, uszkodzić i zatrzymać na własność.
To bardzo smutne, że szczęście jedynie bywa, zjawia się, odwiedza nas, a potem daje prztyka w nos i ucieka, ale jaka to ulga zdać sobie sprawę, że nie jesteśmy robotami i tak właśnie wygląda życie – cieszmy się z tego, że czasem potrafimy być szczęśliwi i nie dajmy się zwariować wizjom – raju, porównywania z innymi, planowania itd.
„Zielona wyspa” to ciężka diagnoza zboczonej na punkcie szczęścia kultury. Polecam wam z całego serca zagłębienie się w tej historii i życzę wam świeżego spojrzenia i tego poczucia duchowego luzu jakiego doświadczyłam sama w trakcie lektury.

  • Joanna Karpik

    Dokładnie lepsze jest czasami „piekło”, które znamy i jakoś oswajamy niż totalnie nieznany „raj”. Bardzo dobra recka książki, zachęca.

  • Kasia Nowak

    Bardzo fajnie o szczęściu. Chyba wiem jaka bezie moja następna lektura :)

  • Anna Nowalska

    Koleżnka to czyta i tak się emocjonuje, że sle mi smsy wieczorem z cytatami… Albo dzowni wzburzona. Muszę to przeczytać.

  • Pani Ruletka

    Ciekawa recenzja… Ciśnie mi się taka myśl, że jeśli nawet tylko momentami
    bywamy szczęśliwi, to powinniśmy to docenić, gdyż jest to często i tak znacznie
    więcej niż niektórzy mogą doświadczyć… Czuję, że ta książka zrobi mi autopsję
    duszy. A w zasadzie na to liczę ;)

  • Lena Mysiorek

    Wlasnie sie zastanawialam nad czyms do czytania:) chetnie po to siegne. Czasem mam wrazenie, ze nasze zycie to taki klaustrofobiczny raj…