Tu i teraz – czyli spełnione rodzicielstwo

Tu i teraz – czyli spełnione rodzicielstwo

Sirsasana, czyli stanie na głowie, to pozycja dla zaawansowanych w praktyce jogi. Paradoksalnie jest to pozycja regeneracyjna – właśnie dlatego, że ma charakter odwrócony. Myślę, że to dobra analogia do uważnego rodzicielstwa. Po pierwsze dlatego, że stanie na głowie wymaga sporej pracy, żeby utrzymać równowagę. Po drugie, pozycja ta początkującym wydaje się abstrakcyjnym wyczynem, a dopiero zaawansowanym – czyli tym, którzy wytrwają w praktyce – przynosi upragnioną regenerację ciała i umysłu. Po trzecie, stając na głowie widzimy świat na odwrót.

Rodzicielstwo, tak jak praktykowanie pozycji odwróconych w jodze, jest wymagającą sztuką poszukiwania równowagi. Pojawienie się dziecka wywraca życie całej rodziny do góry nogami. Jednak to od nas, rodziców, zależy, z jakim nastawieniem wejdziemy w tę egzystencjalną zmianę. Możemy włączyć opcję “byle przetrwać” i oczekiwać, że lada chwila wszystko wróci do normy (dawnej równowagi). Możemy też podjąć wysiłek, by odnaleźć stabilność i spokój w tej nowej normie świata wywróconego do góry nogami.

“Spełniona mama”

Wiele ważnych dla mnie rodzicielskich odkryć okazało się być na wyciągnięcie ręki. Inne pojawiły się po czasie, za sprawą refleksji, spotkań z innymi rodzicami lub po prostu w momencie, kiedy byłam na nie gotowa – wywołały uśmiech i łagodną myśl “no przecież!”. To one sprawiają, że w pełnej autentyczności piszę o sobie “spełniona mama”. Że obok momentów kryzysowych, gorszych dni, trudniejszych emocji, za każdym razem, kiedy patrzę na moje macierzyństwo całościowo, mówię: jestem mamą High Need Child (dziecka o większych potrzebach) i jestem szczęśliwa. Stoję na głowie nieustannie od 18 miesięcy i coraz bardziej lubię ten stan.

Niniejszy artykuł jest zapisem kilku ważnych dla mnie odkryć, tych które pozwoliły mi utrzymać równowagę w momentach kryzysu. Tych, które mimo zmęczenia i chronicznego niedospania nie pozwoliły mi się poddać, dając nowe, świeże spojrzenie na trudności i poczucie wpływu. Te odkrycia dały mi stabilną podporę, bym mogła na powrót miarowo oddychać i uczyć się z pokorą tej nowej normy.

Tu i teraz

Paradoks czasu “Poczekaj, aż skończy miesiąc, trzy, pół roku. Aż usiądzie, zacznie chodzić, będzie mówić… wtedy będzie łatwiej”. Albo “zobaczysz, to minie”. To chyba najczęstsze słowa, za pomocą których różne osoby chciały okazać nam wsparcie. Kilkakrotnie złapałam się na tym, że rzeczywiście czekam. Snuję przyjemne wizje spokojnych spacerów i przespanych nocy. Na szczęście tylko czasem, a potem i szybko wracam do rzeczywistości. Tej, w której moja 18-miesięczna córka śpi gorzej niż pół roku temu i jeszcze gorzej niż rok temu. No właśnie, a jeśli nie będzie łatwiej albo pewne rzeczy wcale nie miną? Życie przyszłością, w oczekiwaniu na zmianę, to pułapka, w którą bardzo łatwo wpaść. Odsuwa nas od teraźniejszości, daje złudną często nadzieję, że będzie inaczej, a tym samym naraża nas na rozczarowanie. Szczególnie jeśli rzeczywistość nijak się ma do wizji, którą wyprodukowała w przypływie nadziei nasza wyobraźnia.

Z takim nastawieniem łatwo przegapić pierwsze i najważniejsze chwile z dzieciństwa naszych pociech, docenić je dopiero oglądając stare zdjęcia z łezką w oku, że to już nie wróci. Zamiast być z dzieckiem w radościach i trudach odkryć dnia dzisiejszego, czekamy, aż dogoni ono nasze wizje i spełni oczekiwania. Nieświadomie powtarzamy w głowie zdania: “jak prześpi całą noc, to będę szczęśliwa” albo “jak zacznie regularnie jeść, to będę spokojna”. Co zatem zrobić z tymi złudnymi podszeptami? “Czas już skończyć z oczekiwaniem na coś, co może nigdy nie przyjść” – podpowiadają nam słowa piosenki Indios Bravos (“Czas spełnienia”).

Stanie na głowie, tak jak rodzicielstwo, wymaga bycia “tu i teraz” przez cały czas. W chwili obecnej, w świadomości tego, co jest i jakie jest. Inaczej tracisz koncentrację, niecierpliwisz się i upadasz. A po drodze bardzo cierpisz, bo krew napływa do głowy i cierpną Ci stopy. Jesteś zmęczony i sfrustrowany. Sens bycia w teraźniejszości świetnie oddają słowa Mistrza Oogway (z bajki Kung Fu Panda): “Yesterday is a history, tomorrow is a mistery and today is a gift, that’s why they call it present” (“wczoraj to historia, jutro to tajemnica, a dzień dzisiejszy to dar” – ang. “present” oznacza zarówno “obecny” jak i “prezent” – przyp. red.). Jedyne, co mamy, to chwila obecna. I nawet jeśli wypełnia ją coś trudnego, wciąż pozostaje najważniejsza.

Zmień oczekiwania

“Nie możesz zmienić zachowania, zmień oczekiwania” – pomyślałam sobie kiedyś. To idea, która bardzo mi pomogła, bo dała mi poczucie sprawstwa, uratowała z silnych ramion bezradności. Z obszaru pozostającego poza moją kontrolą przeszłam w obszar wpływu. Mogłam nad tym pracować, rozwijać się. Demaskować swoje oczekiwania, wyobrażenia, nastawienie.

Tak było na przykład ze spaniem. Przyszedł moment, że pogodziłam się z tym, że moja córka nie potrafi samodzielnie zasnąć, potrzebuje mojego lub taty wsparcia (przytulenia do piersi lub kołysania na rękach). Aż któregoś dnia zadałam sobie pytanie: czy ja jej w ten sposób nie krzywdzę? Tą pomocą w najlepszej intencji, czy nie odbieram jej pewnej szansy – nauczenia się czegoś, zdobycia nowej umiejętności? No i stało się. We właściwym momencie (dla niej i dla nas) zasnęła któregoś dnia przy tacie. Bez piersi, bez bujania. Tak po prostu. A co najważniejsze: bez sztywnej strategii, rygorów, walki i płaczu. Sama zdecydowała, że to jest jej moment. To było dla mnie doświadczenie wglądowe, przypomniały mi się słowa Carla Rogersa “Nie możemy ruszyć z miejsca, w którym się znajdujemy, dopóki w pełni nie zaakceptujemy tego, k i m j e s t e ś m y. Potem zmiana dokonuje się niemal niezauważona”. Akceptacja jest fundamentem dla zmiany, bezpieczną bazą, z której we właściwym sobie czasie można ruszyć z miejsca w świat nowych wyzwań.

Nadal więc nie mam planu na moją córkę, ale jestem uważna na to, żeby otwierać przed nią nowe możliwości: rozwoju, nauki, przekraczania dotychczasowej wiedzy o sobie. Jednak to ona zadecyduje, kiedy będzie gotowa tę możliwość wypełnić swoim działaniem. I wierzę, że będzie to moment, w którym wszyscy będziemy na to gotowi. Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie…

Radzenie sobie z emocjami

Nadal nie czuję się wystarczająco przygotowana do tych momentów, w których moja córka w reakcji na frustrację opada na ziemię w histerycznym bezwładzie. Każdorazowo mnie to zaskakuje, doświadczam tego jak zjawiska, jak czegoś abstrakcyjnego. Do momentu aż przypomnę sobie, jak zatrzasnęłam laptopa w przypływie wściekłości, kiedy nie zapisały się dane z kilku godzin mojej pracy. Albo bardziej banalnie – jak wkurzam się, kiedy rozlatują mi się na patelni moje ukochane kotlety gryczane. Wtedy czuję, że jestem w domu. Dlaczego moja córka miałaby reagować inaczej? W końcu temperament jest dziedziczny. Skąd miałaby znać “zdrowe” strategie radzenia sobie z własnymi emocjami, kiedy to ja i moje reakcje są dla niej punktem odniesienia? Zauważam to, przełykam własną dumę i zaczynam widzieć to jako szansę dla nas obu. Córka pomogła mi to zobaczyć, ale ode mnie zależy, co z tym zrobię.

Mogę eksperymentować, by sprawdzić na sobie, czego potrzebuję w takich momentach, przetestować różne rozwiązania, by potem kilka z nich zaproponować mojemu dziecku. W ten sposób wzajemnie się od siebie uczymy. Moment, w którym obserwuję w zachowaniu córki coś niepokojącego, coś co budzi moją niezgodę lub trudno mi to zaakceptować to sygnał, który pozwala mi zwrócić się ku sobie. Zadać sobie kilka pomocnych pytań. Jaki ja mam wpływ na tą sytuację? Co mogę zmienić? Jak mogę wesprzeć córkę w zmianie?

Doskwiera mi czasem brak regularności w rytmie dnia mojej córki. Wtedy przypominam sobie, że sama nie jestem mistrzynią systematyczności i ogarnięcia. Jeśli więc chcę zmiany, muszę zacząć od siebie. Od wprowadzenia w moją codzienność jasnych reguł, które prędzej czy później staną się dla córki jasne i będzie mogła z nimi odpowiednio współgrać.

Potęga granic

Kiedy i dlaczego zachowanie twojego dziecka zaczyna sprawiać ci kłopot? U mnie zwykle jest to moment przekroczenia jakiejś granicy. Tego, co uważam za właściwe, tego co czuję albo po prostu fizycznej: doświadczam bólu po uderzeniu czy ugryzieniu. Ostatnio poczułam, że nocne maratony piersiowe zaczynają mnie przerastać. Trudno mi znieść przedłużające się momenty przechodzenia przeze mnie na drugą stronę, aby zmienić pierś. Córka potrafiła robić tak kilkanaście razy w trakcie jednego karmienia. Czułam, że tracę cierpliwość i narasta we mnie wściekłość. A w głowie pojawiły mi się hasła “koniec, odstawić natychmiast”. Po tym doświadczeniu uświadomiłam sobie, że te momenty przekroczenia to tylko wierzchołek góry lodowej.

Granice to głęboki proces samoświadomości, w którym mam ze sobą do pogadania dużo wcześniej, niż nastąpi moment konfrontacji. Aby dostrzec swoje granice, pytam siebie, co jest dla mnie ważne i ile jestem w stanie wytrzymać, żeby nagle nie zaskoczyć córki tym, że to już jest dużo za dużo. Ta głębia to znajomość siebie. Tego na przykład, jak długo i często mogę niedosypiać w imię inwestycji w zdrowie mojego dziecka? Jak długo decyduję się karmić piersią tak, żebym ja też czerpała z tego przyjemność? Co mnie motywuje do karmienia? I wtedy wszystko staje się jasne. Nadal chcę karmić, to mój w y b ó r i d e c y z j a. Nie zgadzam się tylko na te nocne wędrówki. Wprowadzamy więc pewne zasady, które ułatwiają nam życie. Po paru dniach jasnych komunikatów widzę efekty. A co najważniejsze: czuję, że w ten sposób dbam o siebie nie rezygnując z tego, co jest dla mnie ważne. Rozpoznaję swoje potrzeby i mam wybór, co zrobić, aby je zaspokoić. Niekoniecznie poprzez radykalne rozwiązania podejmowane w momentach wzburzonych emocji.

Chodzi o to, żeby usłyszeć siebie: swoje ciało, emocje i myśli zaraz po tym jak się pojawią. Wysłuchać i przyjąć, podjąć odpowiednie kroki i działania. Wtedy, a nie w środku nocy, kiedy to już jest emocjonalna równia pochyła. Bo przecież to ja decyduję o tym, co i jak zrobię i, co bardzo istotne (to też paradoks na pierwszy rzut oka), wszystko co robię, robię dla siebie. Karmiąc dziecko, karmię swoją potrzebę zdrowego życia w zgodzie z naturą, potrzebę bliskości i więzi z moją córką. Poświęcenie, w znaczeniu przekraczania własnych potrzeb i granic, to ślepa uliczka. Szybki przepis na to, żeby unieszczęśliwić obie strony relacji.

*** Na pewnym etapie praktykowania jogi stanie na głowie staje się pozycją bardzo przyjemną i regenerującą. Uważność jest jakością, która zapewnia odpowiedni balans niezależnie od tego, czy praktykujesz jogę, rodzicielstwo, czy prowadzisz właśnie samochód. Nie jest jednak stanem, a procesem, który wymaga ciągłego praktykowania. Skupieniem się na tym, co “tu i teraz” i oderwaniem od oczekiwań i projekcji o tym, jak powinno być. Tworzeniem przestrzeni na rozwój poprzez akceptację i różnorodne możliwości. Wewnętrznym przywództwem, w którym to rodzic staje się punktem odniesienia i liderem zmiany osobistej. Osobą, która obok zaspokajania potrzeb dziecka jest w ciągłej uważności na siebie, swoje potrzeby i ograniczenia. I potrafi się o sobie zatroszczyć z takim samym szacunkiem i miłością, z jakimi codziennie opiekuje się swoim dzieckiem.

Źródło – dziecisawazne.pl

  • Izabella Strzałkowska

    W niektórych przypadkach , jak na przykład mam wieloraczków (bliźniąt, trojaczków itd…) to powiedziałabym nawet, że jest to joga z elementami żonglerki i balansowania na krawędzi, ale znam kilka takich i wiem, że nie zamieniłyby swojego stanu za nic w świecie na żaden inny ;-)

  • Tomek

    nie mogę doczekać się tego stanu :) jest sporo strachu, ale jeszcze więcej szczęscia, że juz za kilka tygodni swiat wywroci sie do góry nogami :)

  • Neta Aneta Staszczyk

    Naprawdę ladnie powiedziane – to, co mnie czasem drażni w innych rodzicach to wieczne czekanie – czekanie aż zacznie przesypiać całą nc, aż zacnzie chodzić, aż zacznie mówić, aż pójdzie do szkoły… Mam wrazneie, ze tkaim czekaniem ucieka coś najważniejszego radosc z każdego dnia – a przecież dziecko zmienia sie codziennie :)

  • Mariola Gańko

    „Rodzicielstwo jest wymagająca sztuką poszukiwania równowagi” bardzo dobre stwierdzenie. To jest duży wysiłek psychiczny jak i fizyczny, ale uśmiech dziecka rekompensuje każde zmęczenie ;)