RoboCop. Blaszany drwal, czy cybernetyczny rycerz?

RoboCop. Blaszany drwal, czy cybernetyczny rycerz?

RoboCop. Blaszany drwal, czy cybernetyczny rycerz? Historii RoboCopa nie trzeba chyba nikomu przypominać. Wiemy, że na skutek splotu pewnych wydarzeń ciało Alexa Murphy’ego ulega krytycznym obrażeniom.

To właśnie w tym momencie rozpoczyna się wędrówka ze świdrującym pytaniem o istotę człowieczeństwa, o naszą naturę, pojęcie zła i dobra, o to co czyni nas ludźmi – ciało, mózg, dusza? W którym momencie człowiek przestaje być człowiekiem? Kto jest dobry, a kto zły?  Czy RoboCop przynosi nam odpowiedź na pytania z dziedziny bioetyki? Raczej sygnalizuje problem, pobudza do refleksji. W filmie Jose Padilhy szukanie odpowiedzi na te pytania, nie przypomina wspinania się po schodach mądrości, a raczej krążenie po brudnym labiryncie, w którym łatwiej dostać kulkę w łeb niż znaleźć jednoznaczną odpowiedź na jakiekolwiek pytanie.

Współczesny RoboCop, mimo milszego dla oka zewnętrznego wyglądu i zachowaniu sprawności intelektualnej, jest  bardziej intrygujący od pierwowzoru. To nie hybryda metalu i ciała, a wrak człowieka uwięziony bardziej niż zaklęty, którego postawie nikt nie będzie się dziwił. Bowiem RoboCop  nie jest typowym superbohaterem, obdarzonym specjalnymi mocami, lub tylko dobrze wyposażonym, współczesnym wojownikiem, jak Batman, czy Iron Man. Mimo miliardów dolarów zainwestowanych w produkcję nowoczesnego gliny i oczu całego świata zwróconych w stronę Murphy`ego, ten musi nieustanie walczyć…o siebie, a gdy starczy mu sił, o rodzinę,  następnie dopiero o resztę i to raczej będąc motywowanym chęcią zemsty niż byciem programowanym przez procedury (też normy społeczne) dobrym policjantem.

Nie ufajcie w kinie nikomu i niczemu. W filmie Padilhy trudno o jakiś  punkt stały. Media, polityka, nauka i będąca mieszaniną tych trzech składników korporacja Omnicorp, będą domagać się w raz z rozwojem akcji oklasków i potępienia. Zupełnie jak sam RoboCop/Murphy.  A wszystko to w imię hołubienia człowieczeństwu. Tylko jak można zaufać idei, kiedy widzimy, że w jej imię co chwila ktoś próbuje nas „wyrolować”? Dla kasy, dla władzy, dla „rozwoju nauki”. Czy po trzecie, piątej, siódmej próbie wykiwania ktoś jeszcze może czuć się pewnie ze swoim poczuciem człowieczeństwa?

Przy całej tej refleksyjności, która nasuwa się po zakończeniu seansu,  RoboCop nadal jest widowiskowym filmem akcji. Fani pierwowzoru powinni być zadowoleni, że nie zrezygnowano z takich detali jak „kanciasty” i głośny sposób poruszania się. Pojawia się również klasyczny srebrny pancerz i znajomy motyw muzyczny.

Sceny walki są nie tylko dynamiczne, ale i ciekawe – często patrzymy z perspektywy RoboCopa – komputerowe odczyty i analizy , ale kamera pokazuje też całość akcji i przygotowania przeciwników. Efekt niesamowity! Momentami jakby nie nadążamy za Alexem, ponieważ jesteśmy ludźmi, jego wrogowie też nie nadążają, bo są ludźmi, naprawdę groźnymi przeciwnikami stają się dopiero drony Omnicorpu.

Nie sposób pominąć zachwycającą grę aktorską, która w tego typu filmach nie jest czymś oczywistym. Idąc na „Sierpień w hrabstwie Osage” byłam przygotowana na popis aktorski, tu było to całkowitą niespodzianką, choć nazwiska takie, jak Gary Oldman, Samuel L. Jackson i Michael Keaton zobowiązują. Szczególnie zachwycił mnie Jackson w roli prowadzącego program telewizyjny „Pat Novak”. Jego kwestie w dużej mierze były monologami, ale tak pełnymi ekspresji, że niemal porywały z siedzeń. Idealnym odtwórcą głównej roli okazał się Joel Kinnaman, który nawet przy ograniczonej w ciele RoboCopa mimice potrafił wyrazić całą paletę emocji.

Jeśli pojawi się pomysł RoboCopa 2, ja się na to piszę… :)

Oficjalne trailery filmu.