„Polskie gówno” – jak nigdy, powiało świeżością

„Polskie gówno” – jak nigdy, powiało świeżością

Film „Polskie gówno” w reżyserii Grzegorza Jankowskiego i według scenariusza Tymona Tymańskiego rodził się prawie dekadę, bo aż 8 lat. W końcu powstał i ma szansę być ważnym głosem w dyskusji o sztuce niezależnej.

Czym jest ten film? To po części musical, paradokument, zjawisko jedyne w swoim rodzaju. W obsadzie zarówno gwiazdy m.in. Marian Dziędziel, Jan Peszek, Arek Jakubik, Bartłomiej Topa i Sonia Bohosiewicz, jak i tzw. osobowości – Grzegorz Halama, oraz przedstawiciele środowiska muzycznej alternatywy – obok Tymona Tymańskiego występują Krzysztof Skiba, Olaf Deriglasoff, Paweł Konnak, Mikołaj Lizut i Robert Brylewski.
„Polskie gówno”, to radykalna satyra na rodzimą estradę. Fabuła opiera się na nieskomplikowanej historii – punkowy zespół Tranzystory z Pruszcza Gdańskiego, który lata świetności ma dawno za sobą, wyrusza w trasę koncertową po szarej, biednej Polsce. Opiekuje się nimi wąsaty menago Czesław Skandal. W trakcie trasy menedżer wypłaca zespołowi drobne sumy, czasami zespół dostaje za granie ogórki… i obiecuje, że w końcu wyda ich płytę. W końcu zespół ma swe upragnione płyty, jednak okładka należy do innego wykonawcy… No cóż – w tej rzeczywistości można zrobić karierę tylko i wyłącznie wziąwszy do ust buławy bożka Szołbiza…
Choć wszystkie postaci są fikcyjne, twórcy przyznają, że tak naprawdę stanowią zbiór cech rzeczywistych ludzi ze świata szeroko rozumianego polskiego szołbiznesu i mediów. Na ile to obraz prawdziwy? Może lepiej nie wiedzieć. Z pewnością w filmie znalazło się natomiast dużo o losach artystów, którzy pojawili się na ekranie – szczególnie Tymona Tymańskiego i Roberta Brylewskiego.
Muzycy stawiają pytanie, jakie zmiany na rynku muzycznym przyniosła transformacja systemowa. Czy telewizyjne reality shows zdominowały masową wyobraźnię na tyle, że wartościowa muzyka nie ma już szans się sprzedać? Czy czasy grania dla zabawy i satysfakcji skończyły się? Trudno znaleźć odpowiedź w filmie Jankowskiego. Widać w nim na pewno dużo frustracji. Z drugiej strony znajdziemy tam także mnóstwo rock’n’rollowej radości życia.
„Polskie gówno” to opowieść o strzaskanym romantyzmie i syzyfowej walce. To komedia, ale momentami dość smutna. Film został zrobiony po to, by wywołać głośny śmiech. Ja również się śmiałam. Do rozpuku.
Twórcy filmu powtarzają, że „Polskie gówno” zawiera w sobie silny anarchistyczny pierwiastek. Jest on przejawem totalnej wolności – także od tego, jak filmy „powinny” być zrobione, która udziela się także widzom.
Daje to widzowi wolność i pozwala się cieszyć wszechobecną w „Polskim gównie” wulgarnością, ponieważ ani przez moment nie staje się ona prostactwem, tak jak w innych „artystycznych” i „kulturalnie wysokich” filmach.
Tymański – weteran sceny alternatywnej – dobrze zna absurd i znój swojego zawodu. Dlatego brak w filmie poczucia wyższości względem środowiska, jest za to gawęda poturbowanego przez życie idealisty. Jak sam mówi – „siedzimy w tym gównie razem, wy i ja”.
„Ten film ma parę poziomów. Na wierzchu jest głos wołającego na puszczy, domaganie się równych praw i budżetów dla ludzi kultury oraz ludzi celebry. To inspiracja dla innych artystów, żeby nie wymiękali. Można zrobić film, można przyjść z ulicy i zrobić premierę w Pałacu Kultury. A że dopiero po siedmiu latach walki? Proszę bardzo, jesteśmy zwycięzcami. Ale przecież z drugiej strony każdy może to zrobić. To kwestia wiary, motywacji, determinacji. Dobrania odpowiedniego zespołu.

Drugi plan, gombrowiczowski, to rodzaj balsamu na sterane serce. Absurd, głupio-mądry śmiech, autoterapeutyczne sowizdrzalstwo, leczniczy purnonsens to dla mnie recepta na zło świata, głupotę ludzką, kicz i chłam. Jestem uczniem Vonneguta, Gombrowicza, Monty Pythona, Lennona, Sachy Barona Cohena.

Trzecia warstwa, najgłębsza, jest buddyjska. Nie widzę świata w czerni i bieli. Jeżeli oskarżamy innych, a nie widzimy ciemnej strony w sobie, tym bardziej dokarmiamy Babilon. Trudno orzec, czy to decydenci albo głupia publiczność są winni tego, że podział kasy jest taki, jaki jest. Tego, że telewizja publiczna udaje misję. Nie – to my jesteśmy temu winni. Nasz brak zaangażowania i tumiwisizm” – mówi Tymański.
Wmontowane w film archiwalne materiały z okresu stanu wojennego dodają historii szerszego kontekstu. Przypominają, że Polska jest gruzowiskiem po wygranej bitwie, gdzie dawni buntownicy nie mają już jednego, dobrze widocznego wroga, gdzie wrogiem stał się cały świat: drapieżni szefowie wytwórni płytowych, zły gust publiczności, nieodpowiedzialni współpracownicy, wymagająca rodzina, nawet własna ambicja. Jedynym wyjściem z tego impasu jest oswajanie rzeczywistości poprzez fantazję i szyderstwo.

„Polskie gówno” to coś więcej niż zwyczajny ciąg skeczy. Każdy kadr tego rozkosznego kuriozum pozostaje przepełniony miłością do muzyki i sztuki w ogóle. Czy będzie to film z tych, do których się wraca? Nie wiem, ale z pewnością nie jest to błahy film, nie dajcie sobie tego wmówić; jeśli to usłyszycie, będzie to silniej świadczyć o wewnętrznej błahości wypowiadającego, niż o samym „Polskim gównie”.
Cóż jeszcze mi się bardzo podobało? Gra aktorów. Wielkie brawa dla Grzegorza Halamy, który do tej pory kojarzył mi się z kilkoma skeczami. No i trzeba zwrócić szczególną uwagę na filmowe piosenki! Trzymają się estetyki leksykalnej filmu – prawdziwie w chuj.

Jednym słowem – takiego filmu jeszcze nie było. Paradoksalnie doczekaliśmy się czasów, w których właśnie „Polskie gówno” przyniosło powiew świeżości. POLECAM.