Pierwszy w historii WEB Robinson

Pierwszy w historii WEB Robinson

Pierwszy w historii WEB Robinson – kto to taki? To prezes firmy, który kierował wszystkim przez internet z… bezludnej wyspy.
„Chciałem pokazać, że z wykorzystaniem nowoczesnych technologii, możemy różnie żyć i pracować na odległość, nie marnując czasu na wszystkie dojazdy do pracy – przekonuje Gauthier Toulemonde – musiałem uporać się z dostawcami, bankami, klientami. Chciałem pokazać, że to wszystko jest możliwe, będąc bardzo daleko od miejsca pracy” – podkreśla biznesmen.


Gauthier Toulemonde prowadzi firmę wydawniczą we Francji. Mieszka w Lille, ale do pracy dojeżdżał do Paryża. Jak sam podkreśla: „Kto nie marzył o pojechaniu na opuszczoną wyspę, żeby odciąć się od tego wszystkiego, przeżyć przygodę? Dla mnie to było dziecięce marzenie. Obiecałem sobie, że jak będę duży, to wyjadę, ale potem, będąc już pracującym dorosłym, zobaczyłem, że to bardziej skomplikowane” – mówi biznesmen w rozmowie z „Guardianem”.

Dokładnie rok temu Toulemonde postanowił, przynajmniej połowicznie, spełnić swoje marzenie. Zmęczony dojazdami do pracy z Lille do Paryża uznał, że równie dobrze może zarządzać firmą z bezludnej wyspy – przynajmniej na kilka tygodni.

Jak wyjaśnia biznesmen, ostateczną decyzję podjął w grudniu 2012, tuż przed świętami. Obserwował w Paryżu ludzi w wiecznych pośpiechu, którzy nawet mimo prezentów wyglądali na smutnych. Wtedy przypomniało mu się, jakim absurdem jest dojeżdżanie do pracy i ile czasu się na tym traci.

Przez pół roku szukał odpowiedniej wyspy, ostatecznie wybór padł na indonezyjską wysepkę 10 tysięcy mil od Paryża. Indonezyjczycy obiecali, że nikomu nie zdradzą dokładnej lokacji tego miejsca. Toulemonde dał sobie pół roku na przygotowanie i już 8 października opuścił Lille. Zabrał ze sobą: cztery panele słoneczne o wielkości ręczników, wiatrak, laptopa, tablet i dwa telefony satelitarne. Do tego dwa namioty i sprzęt chroniący go przed deszczami i wysoką wilgotnością. Jedynym towarzyszem biznesmena był pies, który miał odstraszać węże, szczury i inne dzikie zwierzęta. Na całą wyprawę biznesmen przeznaczył 10 tysięcy euro – w tym 20 euro dziennie na internet.

„Chciałem być pierwszym Web Robinsonem na świecie i pokazać, że można różnie żyć i pracować z dużej odległości, eliminując tracenie czasu na dojazdy” – wyjaśnia. I dodaje: „To nie były wakacje. Musiałem radzić sobie z dostawcami, bankami, klientami. Celem było pokazanie, że można dać radę samemu będąc tak daleko” – podkreśla.

Toulemonde żywił się głównie ryżem, makaronem, rybami złowionymi w morzu i warzywami rosnącymi na wyspie. Wstawał o 5 rano i spać szedł około północy. W ciągu swojej 40-dniowej przygody jego firma wydawnicza opublikowała dwie edycje Stamps Magazine – zgodnie z terminami i z tak samo dobrą treścią, co zawsze.

Zdaniem biznesmena, taka przygoda była jak kwarantanna. „To była dobra ucieczka od współczesnego życia, by podążać za rytmem słońca i żyć najbliżej natury, jak się da” – tłumaczy „Guardinowi” Toulemonde. Podkreśla też, że przygoda uczyniła go bardzo szczęśliwym, a każdy spędzony na wyspie dzień był magiczny.

Toulemonde zaznaczył jednak, że nie była to sielanka – oprócz szczurów, węży i trudnych warunków atmosferycznych, przedsiębiorca codziennie bał się, że straci połączenie z internetem. Ostatecznie też uznał, że chociaż to była wspaniała przygoda, to wszystko ma swoje granice i 40 dni bez kontaktu z ludźmi zdecydowanie wystarczy. „Nic nie może zastąpić kontaktu z drugą osobą” – podsumowuje Toulemonde.