Lewandowski – Przepis na wygrane marzenia

Lewandowski – Przepis na wygrane marzenia

Po książkę Dariusza Tuzimka „Lewandowski. Wygrane marzenie” sięgnęłam pełna obaw. Choć wiem, czym są spalony, karny i rożny i znam pierwsze nazwiska naszej kadry, to jednak nie byłam pewna, czy będę chciała poznawać historię piłkarza, którego kojarzyłam głównie jako słynnego strzelca pięciu bramek w dziewięć minut. On – człowiek sukcesu, mąż pięknej, zdolnej i sławnej żony. Szczęśliwy posiadacz wielkiego talentu, któremu się udało – ot, łut szczęścia. Potem jednak pomyślałam, że może warto byłoby lepiej poznać naszą kadrę. Dowiedzieć się o piłkarzach czegoś więcej. Otworzyłam więc książkę i od pierwszego zdania dałam się porwać autorowi w podróż po życiu Roberta Lewandowskiego. Dałam się porwać w podróż po świecie ciężkiej pracy, poświęcenia, pokory, zaufania i współpracy. Dałam się porwać w podróż, w czasie której zapragnęłam powiedzieć zarówno autorowi książki, jak i wszystkim jej bohaterom – dziękuję, że jesteście! Ale zanim o tym – zacznijmy od początku.
„Wygrane marzenia” to kolejna z serii książek Wydawnictwa Egmont poświęconych sylwetkom wielkich piłkarzy światowych. To niezwykłe uczucie, gdy człowiek sobie uświadamia, że nazwisko chłopaka z podwarszawskiego Leszna wymienia się w jednym rzędzie z nazwiskami takimi jak Messi, Ronaldo, Neymar czy Suarez. Książka dedykowana jest młodszym czytelnikom, ale rodzice również będą ją czytali z wypiekami na twarzy. To bogato ilustrowana publikacja, która nie tylko pozwala zaprzyjaźnić się czytelnikowi z Lewym, ale też, a może przede wszystkim, poznać stuprocentowy przepis na spełnione marzenia. Brzmi nierealnie? Owszem, ale czy ktoś, kto kilkanaście lat temu mógł widzieć małego Roberta, jak gra na Saharze (tak potocznie nazywano boiska obok szkół lub na podwórkach – nikt ich nie podlewał ani o nie dbał, a dzieci, które biegając nie pozwalały trawie wyrosnąć, powodowały, że były to piaszczyste place, na których w suche dni kurz potrafił przysłonić nie tylko piłkę, ale też przeciwnika), pomyślałby, że któregoś dnia będą się o niego starały najlepsze światowe kluby?
Jaki więc jest przepis na sukces? Bardzo prosty, ale wymagający. Z pewnością nieodzownym jest w nim posiadanie marzenia; marzenia, do którego się dąży. Pragnienia, które chce się zrealizować. W realizacji tegoż zamysłu bardzo pomaga talent, ale, o dziwo, nie jest on najważniejszy. Jeśli mamy marzenie i choćby namiastkę talentu, musimy do tego dołożyć masę, masę i jeszcze raz masę pracy. Oznacza to też często rezygnowanie z różnych przyjemności na rzecz kolejnego treningu, lekcji, przeczytanej książki, nauki, ćwiczenia. Trzeba też wysoko stawiać poprzeczkę i mieć świadomość tego, że nawet jeśli mi się wydaje, że jestem już mistrzem w jakiejś dziedzinie, to i tak na pewno są lepsi – dlatego jeśli mój trener, nauczyciel, instruktor, zwraca na coś uwagę, mam zachować pokorę. Nie mogę się obrażać, ale powinienem mu podziękować i wziąć sobie jego rady do serca. Ostatnia składowa sukcesu, to świadomość tego, że sukces osiąga się pracując w grupie. Trochę to zawiłe, więc spróbujmy ten przepis prześledzić na podstawie historii Roberta Lewandowskiego.
Lewy bez dwóch zdań jest niezwykle utalentowany. Czuje piłkę, jest świetny taktycznie i bardzo sprytny. Nic by jednak nie zdziałał, gdyby nie miał wokół siebie ludzi, którzy mu pomagali i pomagają. Na samym początku byli to rodzice, którzy pozwalali mu godzinami kopać piłkę, którzy wozili go na treningi i mecze – nawet w dzień jego Pierwszej Komunii zaraz po Mszy mama z gośćmi udała się na obiad do domu, a Robert z tatą pojechali na mecz. Z całą pewnością duże wsparcie miał w swojej siostrze, na której jako pierwszej trenował nowe „kiwki”. Wspierali go kolejni trenerzy i koledzy z drużyny. Robert wie, że piłka nożna to sport drużynowy i ważne jest to, aby drużyna wygrała mecz, a nie to, aby on zdobył gola – choć miło, gdy jedno łączy się z drugim. To bardzo ważne, by mieć tego świadomość i budować drużynę, bo w przypadku piłkarzy przekłada się to na dobre relacje w zespole, a później na współpracę na boisku. Przez wiele lat Lewandowski wyróżniał się nie tylko talentem, ale też niskim wzrostem i niewielką posturą. Do dziś jest jednym z niższych piłkarzy. Zamiast się tym przejmować, zrobił z tego swój atut – skacze wyżej niż inni, biega szybciej i jest zwinniejszy. Był mniejszy od kolegów, więc musiał znaleźć sposób, by sobie z nimi poradzić.
Historia Roberta to też trudne momenty – śmierć ojca, ciężka kontuzja, nieprzedłużenie kontraktu z jedną z drużyn, o czym dowiedział się od sekretarki klubu, wygwizdania na meczach reprezentacji, przykre komentarze, maile, żarty kibiców. To co jednak zdumiewa w tym chłopaku, to to, że bez względu na to, czy przeżywa właśnie najlepsze chwile, czy wręcz przeciwnie, nigdy nie spoczywa na laurach, trzyma się zasad i wytrwale trenuje. Zachwyca w nim to, że potrafi się dzielić i dostrzega innych. Mimo treningów, meczów wyjazdowych i wielu innych zobowiązań, znajduje czas by być ambasadorem UNICEFu, by odwiedzać chore dzieci w szpitalach, by podpisywać setki fotografii dla swoich najmłodszych fanów i spotykać się z przyjaciółmi.
Robert wie, że nie byłoby wielkiego LEWANDOWSKIEGO gdyby nie jego rodzice, siostra, jego żona, trenerzy, koledzy z drużyny, godziny na siłowni i sali gimnastycznej, litry wylanego potu, upór, wytrwałość, pokora i wielkie marzenie, by zagrać w meczu z orzełkiem na piersi.
Jeśli zastanawiacie się, co podarować swoim pociechom jako nagrodę za dobrze zakończony rok szkolny, albo jako motywację do lepszej nauki, to śmiało sięgajcie po „Lewandowski. Wygrane marzenia” Dariusza Tuzimka.