Igrzyska śmierci. W pierścieniu ognia

Igrzyska śmierci. W pierścieniu ognia

„Igrzyska śmierci. W pierścieniu ognia” – jest jeszcze lepiej niż za pierwszym razem! To ponad dwie godziny zegarowe, których wcale nie czuć – akcja dzieje się dynamicznie, w odpowiednich momentach zaplanowane są jej zwroty. Fabuła jest lepsza niż mogłabym przypuszczać. Film ma wszystko, czego potrzeba dobremu „teen movie”, a nawet więcej.

 


Przede wszystkim twórcy serii zrobili wszystko aby udowodnić krytykom, że sequel nie zawsze jest gorszy od oryginału. Postawili na zmiany. Wymienili reżysera – Francis Lawrence zastąpił Gary`ego Rossa – i to zastąpił go godnie (reżyser „Constantine’a” (2005) i „Jestem legendą” (2007) zadbał o to, aby widz nie nudził się ani przez chwilę)! Producenci zmienili też scenarzystów, dzięki czemu dialogi są lepiej dopracowane. Wyłożyli ponad to dwukrotnie więcej pieniędzy, co widać w efektach, które doceni nawet wytrawny kinomaniak. Nie zmienili tylko jednego – najjaśniejszej młodej gwiazdy Hollywood, zaledwie dwudziestotrzyletniej, a już nagrodzonej Oscarem Jennifer Lawrence, za „Poradnik pozytywnego myślenia”.


Wszyscy kochają Jennifer. Dlaczego, za co? Ona stała się w zasadzie postacią, którą odgrywa. Ona jest Katniss. Utożsamia też jej najlepsze cechy, również w życiu poza planem filmowy. Podczas gdy inni na galach połykają kije, aktorka stąpa po czerwonym dywanie bez krztyny pozerstwa, wyczuwa się jej dystans do całego filmowego biznesu. Za to własnie cenią ją fani serii – ma w sobie szczerość i naturalność. A jak jest „W pierścieniu ognia”? Ja zobaczyłam już nie dziewczynkę, tylko kobietę, która wie jak oszukać system. Jest inteligentna i pewna siebie, mimo iż dotkliwie doświadczona. Jej postawa z pierwszej części serii wywołuje lawinę zdarzeń, które zagrażają systemowi Panem. Wywołują zaniepokojenie prezydenta Snowa, który widzi w niej istotne zagrożenie. Na początku niepokorna Katniss, bardziej niż rebeliantką czuje się ofiarą. Stara się po prostu pozostać przy życiu, jednak uciskany lud ją wybrał. Dlaczego? Bo dała im nadzieję. Katniss jest prawdziwa, tak jak prawdziwa jest Jennifer Lawrence. Oczami Katniss obserwujemy rosnącą tyranię władzy, która ciemięży lód Panem. To właśnie ta perspektywa jest bardzo interesująca dla widza, bo jej postać stała się wybranką systemu, która zwyciężyła krwawy, reżimowy cyrk, nazwany Głodowymi Igrzyskami. Z drugiej strony, to właśnie system, który ja wybrał, kwestionuje ja ze względu na jej wewnętrzny opór i nieuświadomione cechy przywódcze.

Jednak Lawrence jest kimś więcej – jest przede wszystkim bardzo dobrą aktorką, o naturalnej urodzie wolnej od silikonu. W filmie jest kilka scen, które uwypuklają jej kunszt – gra tak wiarygodnie, że zaczynamy wierzyć w prawdziwość historii, którą oglądamy. Zdecydowanie zeszłoroczny Oscar i status nowej nadziei amerykańskiego kina nie były dziełem przypadku.

Poza brawurową kreacją Lawrence, filmowi dodają też smaczku inni wybitni, choć drugoplanowi aktorzy. Znany już z pierwszej części Woody Harrelson, w roli tzw. „mentora” młodych trybutów, nieco karykaturalny, niestroniący od alkoholu Haymitch Abernathy. O dreszcz na kręgosłupie przyprawia kreacja Philipa Seymoura Hoffmana, czyli Plutarch Heavensbee, który jest kreatorem okrutnego SHOW, którym są Igrzyska. Kolejną wybitna rolę gra Donald Sutherland, który ponownie wcielił się w postać prezydenta Snowa. Elizabeth Banks udało się uczynić Effie Trinket jeszcze bardziej ekstrawagancką, ale jednocześnie w tej pozornie jednowymiarowej postaci pojawiają się cienie nieznanych dotąd emocji. Z kolei w Cinnie Lenny’ego Kravitza, wciąż w „team Katniss”, odkrywamy ślady goryczy, może nawet cynizmu. Tak, jakby dwójka posłańców Kapitolu wreszcie w pełni odkryła, że ręka, która ich karmi, pokryta jest świeżą krwią… Znamienne jest tu zdanie, które słyszymy podczas filmu kilka razy „pamiętaj, kto jest twoim prawdziwym wrogiem”…

Czemu „Igrzyska…” są doskonałym filmem z gatunku „teen movie”? Poza rozrywka, oferują też mądrość i przemycają uniwersalne wartości. Powstałe na gruzach Stanów Zjednoczonych państwo Panem, wraz z jego wyzyskiem ludności, terrorem stosowanym wobec buntowników i medialną propagandą, stanowi alegorię totalitaryzmu. Co jest dla mnie w tym poruszające? Mimo, iż film kwalifikuje się jako science fiction, zwraca uwagę na problemy, które są obecne w naszej rzeczywistości. To opowieść o niesprawiedliwości społecznej, manipulacji władzy, manipulacji treściami medialnymi, wolności, totalitaryzmie, ucisku i patriotyzmie. To także, komercyjny HIT, w którym kobieta nie jest tylko atrakcyjnym dodatkiem, ale prawdziwym centrum akcji i jej katalizatorem.
W filmie władza stale manipuluje, odwraca uwagę od problemow i zastrasza spektakularnymi walkami dzieci – gladiatorów. Podczas gdy w poszczególnych dystryktach ludzie cierpią głód, elita pije specjalne mikstury powodujące wymioty, by można było jeść jeszcze więcej. Pierwsza część i zuchwałość władzy z „W pierścieniu ognia” jest tylko wstępem do nadchodzącej nieuchronnie rewolucji. Rodzącej się rewolucji.

Oczywiście film ma też wątek miłosny – jest tu emocjonalny trójkąt – Katniss, Peeta, Gale. Nie dość, że główna bohaterka musi sobie radzić z represjami i systemem, to również jej życie emocjonalne nie należy do najłatwiejszych. Wybór pomiędzy dwoma chłopcami przestaje być jednoznaczny. A może to tylko element gry o przetrwanie? To sprawia, że warstwa uczuciowa w filmie nie jest banalna.

Film to także większa niż w pierwszej części dynamika walk, jeszcze brudniejsza gra organizatorów, bardziej ekstrawaganckie stroje, bardziej skomplikowane postaci. Wszystko to sprawia, że film pozostawia w widzu wielki niedosyt. Praktycznie nie zorientowałam się kiedy minęło 2,5 godziny – bo film kończy się w kulminacyjnym momencie! Zakończenie jest otwarte, niedopowiedziane. Jest jak kubeł zimnej wody.

Podsumowując – strzała Katniss strzeliła w 10! Film jest więcej niż dobry. Z niecierpliwością czekam na „Kosogłosa”.

Oficjalna strona filmu na facebooku – https://www.facebook.com/igrzyskasmierci

Zobacz trailery: