Dredd 3D

Dredd 3D

Dredd 3D.  Jeśli ktoś po tym filmie spodziewa się remake’u „Sędziego Dredda” z 1995 roku to srogo się zawiedzie. Filmy nie są do siebie podobne. Jedyne co je łączy to fakt, że powstały na podstawie komiksu o sędzim Dreddzie właśnie. Rzecz dzieje się w postapokaliptycznej przyszłości, gdzie na gruzach dawnej Ameryki powstało liczące 800 milionów mieszkańców miasto Mega City One.

Poza tradycyjnymi domami i blokami nad miastem wznoszą się ogromne, wysokie na kilometr budowle, liczące po kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Jest to całkiem zrozumiałe, bo poza terenem miasta ziemia jest napromieniowaną pustynię. Nawet mieszkanie przy granicy miasta może spowodować mutacje. Jak nietrudno się domyślić tak ogromna metropolia to też świetne miejsce do rozwoju wszelkiej zorganizowanej przestępczości. Każdego dnia dochodzi tam średnio do 17 tysięcy zbrodni. Nad wszystkim czuwają jednak sędziowie, jednostki wybitne, wybrane do swojej służby już w dzieciństwie (test przechodzą wszyscy, ale tylko najlepsi mogą potem zostać sędziami). Uprawnienia sędziów są szerokie, wydają oni i wykonują wyroki na miejscu. Wyrokiem najczęściej jest śmierć.

 

 

 

Nowy Dredd (Karl Urban) nie traci swojej odznaki, ani nie zostaje wygnany, jak jego wykreowany przez Sylwetra Stalone’a poprzednik. Po prostu wyrusza na wezwanie. Zabiera ze sobą młodą rekrutkę, kandydatkę na sędzię o nazwisku Anderson (Olivia Thirlby). Rekrutka jest mutantem, ale spokojnie, nie wygląda jak Hulk, jest bardzo atrakcyjną blondynką, a przy tym medium. Zgłoszenie do którego ich wezwano to potrójne, krwawe morderstwo w jednej z tych ogromnych, mieszkalnych budowli o wdzięcznej nazwie Peach Tree. Budynek cieszy się złą sławą, ma największą w mieście przestępczość, a prawie wszyscy mieszkańcy są bezrobotni (jak widać złe dzielnice przyszłości niewiele różnią się od współczesnych). Bohaterom przyjdzie się zmierzyć z gangiem krwawej Ma-Ma, która przejęła władzę nad budynkiem, a swoją potęgę zbudowała na dystrybucji narkotyku zwanego slo-mo, który znacznie spowalnia pracę mózgu. Potem jest już tylko chaos, strzały i zniszczenie.

Świat w którym rozgrywa się akcja jest mroczny i brutalny. Dredd jest  taki sam. Sędziowie przegrywają walkę z mafią narkotykową, morale stróżów prawa spada i w szeregi wkrada się korupcja. Dredd broni się mechanicznym podejściem do świata. Nie widzi niczego po za swoją pracą. Anderson – kadetka, którą będzie egzaminował jest jego całkowitym przeciwieństwem. Wierzy w zmianą pogrążonego w chaosie Mega City One. Razem z Dreddem broni porządku w mieście, każde  robi to jednak na swój wyjątkowy sposób.

Film bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, nie w tym sensie, że zamiast kina rozrywkowego dostałam powiastkę filozoficzną, dostałam po prostu bardzo dobrze zrobione kino rozrywkowe. Producenci najwyraźniej zdecydowali się zrezygnować z zatrudniania gwiazd wielkiego formatu (jak Sylwester Stallone) na rzecz dobrego warsztatu technicznego. Mega City One robi naprawdę duże wrażenie, jest mroczne i wręcz przytłacza swoim ogromem. Nie jestem ekspertem od komputerowych efektów specjalnych, ale bardzo je doceniam, taka grafika – to przecież sztuka! I to do tego opanowana w filmie do perfekcji. Na szczególną uwagę zasługują sceny zażywania slo-mo, widzimy w nich opadające z zwolnionym tempie, bajecznie  migoczące krople wody, albo wolno unoszące się i otulające widza kłęby papierosowego dymu. Byłam prawie pewna, że jedna z kropel do mnie doleci, efekt był tak realistyczny! To było  piękne, wręcz poetyckie! Wreszcie doceniłam efekt 3D w filmie! Jeszcze jedną rzeczą, która zasługuje na uznanie, (co również mnie zaskoczyło) była muzyka. Rzadko zachwycają mnie soundtracki w tego typu filmach, ale temu się udało.

 

Zobacz trailer!