Po czym poznać polskiego multimilionera?

Po czym poznać polskiego multimilionera?

Po czym poznać polskiego multimilionera? Odpowiedź nie istnieje, tak samo jak wyraźnie ukształtowana klasa najzamożniejszych wraz ze wszystkimi przypisywanymi jej atrybutami. Jednak polscy milionerzy są coraz bardziej świadomi swoich pieniędzy oraz roli, jaką odgrywają w społeczeństwie.

Po raz trzeci ankieterzy firmy badawczej MillwardBrown SMG/KRC na zlecenie departamentu private bankingu ING Banku Śląskiego oraz miesięcznika „Forbes” przeprowadzili serię kameralnych rozmów z Polakami, których status majątkowy plasuje w grupie najbogatszych. Tym razem celem było nie tylko poznanie nastawienia do instytucji finansowych, oferowanych strategii inwestycyjnych, ale także sportretowanie polskiego milionera. Kim jest? Co myśli o sobie, swoich pieniądzach? Jakie ma cele w życiu? Co lubi, a od czego chciałby trzymać się z daleka?
W boleśnie kryzysowym roku 2009 wśród ankietowanych panowało głębokie przekonanie o konieczności zachowania kontroli nad wartością zgromadzonych środków. Rok później w rozmowach przewijał się wątek konieczności wykorzystania szans na rosnącym rynku, zaś w roku 2011 głównym motywem rozmów była konieczność nauczenia się normalnego zarabiania w warunkach podwyższonego ryzyka. Najbogatsi zdają sobie sprawę z tego, że kryzys może potrwać jeszcze wiele lat, ale z drugiej strony – niesie ze sobą krótko- i średnioterminowe okazje inwestycyjne, z których można zbudować jeden z filarów długoterminowych strategii inwestycyjnych.

– Dziś na pierwszym planie jest makroekonomia, ale wolę koncentrować się na fundamentach spółek. Jestem radosnym pesymistą. Zakładam, że na rynkach będzie gorzej, ale jestem też przekonany, że wyjdziemy z załamania obronną ręką. Bacznie obserwuję rozwój wydarzeń i czekam na jeszcze lepsze okazje niż te, które oferuje rynek kapitałowy. Czekam na jeszcze większą wyprzedaż na rynku, niż ma to miejsce w tej chwili. Po to, by wznowić silną ekspozycję na akcje, których w tej chwili już nie mam – mówi jeden z ankietowanych.
Przyznaje to, co pozostali badani – duża zmienność na rynkach skłoniła najbogatszych do przyjęcia bardzo zachowawczych postaw, powrotu do gotówki i bezpiecznych instrumentów, głównie obligacji. Co ciekawe, w wielu przypadkach pojawiał się, praktycznie nieistniejący w poprzednich latach, wątek inwestycji w złoto.
– Inwestuję w kruszec za pośrednictwem funduszu inwestycyjnego, ale nie ukrywam, że mam trochę złota inwestycyjnego w postaci sztabek. Zdaję sobie sprawę z tego, że podszedłem do tego typu aktywów w sposób trochę stereotypowy. Traktuję je jako swego rodzaju zabezpieczenie przed poważniejszymi konsekwencjami tego, co obecnie dzieje się na rynkach – mówi ankietowany.
Z badania wynika również rzecz niezmiernie istotna – najbogatsi wiedzą coraz więcej i więcej rozumieją. Koncentrujący się do tej pory na budowaniu wartości stworzonych bądź kierowanych przez siebie firm coraz częściej myślą o rynku w kategoriach własnych odłożonych pieniędzy. Dokonują przy tym prób prognozowania rozwoju sytuacji, opierając się na doświadczeniach, nawet bez pomocy specjalistów.

– Przez ostatnie 20 lat byłem jako inwestor uczestnikiem wielu wzlotów i równie dramatycznych upadków, choćby na naszej giełdzie, i najczęściej było tak, że nikt tych upadków nie był w stanie przewidzieć. Nasza giełda w ostatnim okresie rosła, w pewnym sensie też i wbrew temu, co się działo na rynkach, czy wbrew postrzeganiu rynków wschodzących przez inwestorów. I to pewnie nie jest koniec korekty. Zastanawiam się jednak coraz częściej, czy aktywa uznawane dziś za bezpieczne rzeczywiście w dłuższym okresie będą bezpieczne – mówi jeden z ankietowanych, przywołując inwestycje w złoto. – Tak było już z nieruchomościami, ziemią…
Majętni Polacy są przekonani, że potrafią wykorzystać okazje. Tak samo jak potrafili to zrobić w przeszłości, a może nawet lepiej.

– W dobrych czasach poczyniłem świetne inwestycje w nieruchomości. Żałuję tylko, że nie spieniężyłem ich przed załamaniem w roku 2008, łudziłem się, że atmosfera wokół tego typu inwestycji szybko się nie popsuje. A przecież jeszcze w 2007 roku wszystko sprzedawało się na pniu, nawet działki, których absolutnie nie można było uznać za atrakcyjne inwestycyjnie. Ale to nie tylko mój problem. Znam sporo osób, które poczyniły inwestycje na rynku mieszkaniowym, często finansując się długiem w oczekiwaniu na dalszy wzrost cen. A tu ani wzrostu cen, ani płynności. Na szczęście nie przeinwestowałem tak jak inni – mówi jeden z majętnych rozmówców.
Z rozmów tych wynika jasno – zachowawcze nastawienie do inwestowania oznacza porzucenie myśli o inwestycjach długoterminowych. Zdaniem ankietowanych jak najbardziej usprawiedliwiona jest postawa „przeczekać kryzys”, ale jednocześnie rodzą się wątpliwości, w jaki sposób to zrobić.
– Generalnie raczej bym się trzymał instrumentów bezpiecznych. Myślę, że mimo wszystko inwestowałbym w ziemię, bo prawda jest taka, że czego jak czego, ale tego nie będzie przybywać. Krótkoterminowo: obserwować giełdę. Nigdy nie powierzałem pieniędzy funduszom, sądzę, że sam potrafię lepiej je spożytkować – uważa jeden z ankietowanych.
Samodzielność wiąże się z większym ryzykiem, na co również wielu majętnych się godzi.
– Inwestujemy, licząc na premię za ryzyko, które ponosimy. To jest ciekawe. Jakiś stopień ryzyka musi istnieć – twierdzi inny ankietowany.
Zwłaszcza że rynek oferuje coraz więcej możliwości zainwestowania pieniędzy z perspektywą wysokiej stopy zwrotu. Część ankietowanych wyraźnie skłania się ku niestandardowym formom.
– Przy odpowiednim poziomie zebranego kapitału nic nie stoi na przeszkodzie, aby jeśli nie samodzielnie, to rozpocząć współpracę z którymś z funduszy finansujących start-upy. Możliwości jest wiele, dotarcie do tego rodzaju instytucji jest również nieskomplikowane. One same doskonale znają rynek, zaś ich specjaliści wiedzą, który z przedsiębiorczych Polaków jest skłonny podjąć ryzyko inwestycji w nowo powstające projekty. Jestem przekonany, że w końcu odpowiedniego kształtu nabiera giełdowy rynek NewConnect – mówi inny rozmówca. Jego zdaniem ucywilizowanie NewConnect pozwoli na solidne zyski w przyszłości.

Jako że sami są w ogromnej większości przedsiębiorcami, potrafią ocenić potencjał spółki i pomysł na biznes. Potrzebują jednak wsparcia z zewnątrz, żeby dokonać ostatecznej weryfikacji – część z nich wyraźnie oczekuje od banków, z którymi współpracuje, rozszerzenia oferty o niestandardowe usługi analityczne i doradcze związane właśnie z rynkiem niepublicznym. Nie ukrywają, że wiąże się to z chęcią zminimalizowania kosztów, które niesie ze sobą taka niestandardowa inwestycja. Analityk instytucji, której powierzyli pieniądze w zarządzanie, jest tańszy niż usługi firmy zewnętrznej.
Nie bez znaczenia jest również kwestia zaufania. Z tym – spoglądając na wyniki badań z lat poprzednich – jest o wiele lepiej, chociaż posiadacze dużych majątków dalecy są od obdarzenia banków i ich doradców pełnym zaufaniem. W rozmowach dominuje potrzeba kontrolowania jakości inwestycji. Uderzające jest jednak to, że wbrew deklaracjom instytucji finansowych część majętnych Polaków nie widzi konkretnych korzyści z bankowości prywatnej. Oferta oceniana jest nadal głównie przez pryzmat atrybutów.
– Sprowadzam jej funkcjonalność do dwóch rzeczy: porządnej karty kredytowej z wysokim limitem i możliwości kupienia walut obcych po korzystniejszej cenie – mówi inny majętny Polak.
Niemniej wszyscy bardzo cenią sobie wyraźną zmianę nastawienia banków do klientów. Podczas sierpniowego załamania na giełdzie odebrali z banków telefony z prośbą o spotkanie, podczas którego zaproponowano im przebudowanie portfeli. Tego nie doświadczyli podczas poprzedniej fali kryzysu w roku 2008.
Cechą wspólną wszystkich ankietowanych, bez względu na to, jak patetycznie to zabrzmi, jest troska o polską gospodarkę. Reprezentując różne branże i podejścia do ryzyka, majętni są zgodni, że klasa polityczna jest nieodpowiedzialna, a reformy kończą się na zapowiedziach.
– Struktura demograficzna pcha nas ku katastrofie. Poza tym przez ostatnie 20 lat nie zrobiono nic, aby poprzeć rozwój tej klasy, która decyduje o obliczu demokracji czy gospodarki rynkowej, czyli klasy średniej – mówi jeden z rozmówców.
Najbogatsi są na tym punkcie szczególnie wrażliwi, ponieważ swoją przedsiębiorczość postrzegają jako element stylu życia. Z drugiej strony, bariery, o których wspominają, sprawiają, że część z nich wstydzi się swojego bogactwa, a przynajmniej go nie okazuje.
Portret polskiego multimilionera, jeśli już poddać się pokusie jego stworzenia, byłby bardzo ubogi, a przynajmniej daleki od stereotypowego postrzegania majętnej osoby. Odpowiedzi ankietowanych, po co zarabiają, są podobne.
– Niezbywalnym atrybutem zarabiania jest to, że trzeba mieć pieniądze, żeby żyć. Więc z tego punktu widzenia mówię: ewidentnie chcę być bezpieczny finansowo. Ale posiadanie nadwyżek finansowych też jest pewnym wyzwaniem. Nie chcę powiedzieć, że jest kłopotem, chociaż można to postrzegać nawet i w tych kategoriach. W Polsce mało jest ludzi, którzy powiedzą: „tyle, ile mam, do końca życia nie wydam”.

Z drugiej strony, zarabianie to ciekawe wyzwanie, bo jest pewną miarą sprawności, również intelektualnej, miarą współzawodnictwa z rynkiem, ze swoimi czasami, ze sobą. Dochodzi do tego satysfakcja z tworzenia przedsiębiorstw. Jeżeli stworzy się firmę i odpowiednią, przyjazną, akceptowaną kulturę, w której ludzie dobrze się czują, to ma pan sporą bazę życzliwych, powiedziałbym nawet, wdzięcznych ludzi – wyjaśnia jeden z badanych.
Multimilionerzy są świadomi, że pracują nie tylko dla siebie. Mocno podkreślają kwestię swojej przyszłości, chociaż niewielu z nich myśli już dzisiaj o sobie i swoich pieniądzach w kategoriach emerytury bądź transferu międzypokoleniowego. W gronie rozmówców nie było ani jednego, który stwierdziłby, że zgromadził na tyle duży majątek, by zostać klasycznym rentierem. Pieniądze nie są dla nich celem samym w sobie, ale jedynie narzędziem do osiągania kolejnych osobistych i zawodowych celów.

– Mam poczucie, że osiągnąłem pewien sukces, ale czy to jest sukces, który by mnie satysfakcjonował? Pytanie otwarte. Chodzi mi o to, by zebrać pulę, którą wykorzystam po to, by moje dzieci uzyskały odpowiednie wykształcenie i bez względu na okoliczności miały zapewnione godne życie. To cel, do którego dążę, stworzenie czegoś w rodzaju funduszu edukacyjnego, jednak daleki. Na razie koncentruję się na rozbudowie swojej firmy. Dzięki zgromadzonemu majątkowi mogę zadbać o bliskich, o rodziców, o teściów – wylicza ankietowany przedsiębiorca.

– Jeżeli dobrze zainwestuję, osiągnę stopę zwrotu na przyzwoitym poziomie, to mogę realizować marzenia typu podróże po świecie, zakup różnych dóbr. W tym również zawarta jest przyszłość moja i moich dzieci, realizowanie własnych pasji – dodaje inny.
Wszyscy bardzo sobie cenią wartości rodzinne. Twierdzą, że pracują głównie z tego powodu, a życie osobiste, rodzinne jest podstawowym motorem napędzającym ich. Świadomość posiadania sporego kapitału dodaje im pewności siebie, ale nadal twierdzą, że pod względem bogactwa są „raczej pośrodku drogi do sukcesu”. Zdecydowanie nie uważają siebie za osoby bogate.
– Bogactwo to pojęcie bardzo względne – mówią.

Ten termin sami, choć niekiedy ich fortuny robią wrażenie, rezerwują dla osób ze szczytów rankingów najbogatszych Polaków. W ich opinii to ludzie, którzy mogą żyć na poziomie najbardziej „wysofistykowanej” konsumpcji bez konieczności wykonywania jakiejkolwiek pracy. Bardziej czują się jak klasa średnia, o której chętnie mówią.

Charakterystyczne dla klasy średniej są również zachowania jej przedstawicieli. Mając na myśli np. edukację dzieci, nie mówią o zagranicznych szkołach, zachodnich uniwersytetach. Są zgodni, że odpowiednie wykształcenie można uzyskać w Polsce. Płatna nauka czy studia w prywatnych szkołach i na uczelniach to – ich zdaniem – wykorzystanie możliwości, które posiadają, ale nie standardowe zachowania.

– Mam ten komfort, że kiedy myślę o edukacji syna, moim problemem jest jakość edukacji, a nie pytanie o wysokość czesnego – mówi ankietowany.
Podobnie ma się rzecz z okazywaniem bogactwa. Wbrew stereotypom majętni Polacy nie stawiają rozbudowanych rezydencji, choć przyznają, że standard wyposażenia domów, w których mieszkają od kilku-kilkunastu lat, odbiega znacząco od standardu życia przeciętnego Polaka. Podobnie z mieszkaniami czy loftami, w które zainwestowali w czasie boomu deweloperskiego. Milionerzy mają problem z okazywaniem zasobności portfela.
– Nie jestem zwolennikiem jeżdżenia bentleyem, chociaż byłoby mnie na niego stać. Luksus powinien być dostosowany do tego, co się faktycznie robi i na którym się jest miejscu. Niech bentleyami jeżdżą sobie najbogatsi, mi wystarczy mercedes i cieszę się z tego – mówi jeden z ankietowanych.
– Dwadzieścia lat temu ekscytowałem się kupionym porsche. Dzisiaj bym tego nie zrobił. To nie jest samochód na nasze drogi, potrzebuję limuzyny, którą będę się przemieszczał, ale też takiej, którą zaparkuję bez strachu, czy za godzinę jeszcze będzie stała na ulicy. Współczuję ludziom, którzy są uzależnieni od podobnych gadżetów – dodaje inny.
Ankietowani mają również problem z określeniem swojego zainteresowania dobrami luksusowymi. Chętnie podkreślają, że luksus to rzecz względna, a jako dobro luksusowe wszyscy wymieniają jachty. Kilku z rozmówców byłoby na nie stać, ale – jak w przypadku bentleya – hamulcem jest poczucie, że to jeszcze nie jest moment, w którym należałoby dokonać takiej inwestycji.

– Dobra luksusowe? Apartament, dom, lepszy samochód, wakacje w sześciogwiazdkowym hotelu. Rzeczy i usługi, za które zapłacę więcej, ale w zamian mam poczucie, że jestem traktowany na wysokim poziomie. To część nagrody za moją pracę – mówi rozmówca.
Można odnieść wrażenie, że bogaci trochę wstydzą się swojej zamożności. Po części mają rację. Twierdzą, że są coraz lepiej postrzegani przez społeczeństwo, które przekonało się, iż zasada „bogaty, więc musiał ukraść” jest z gruntu fałszywa. W swoich środowiskach uważani są raczej za wzór przedsiębiorczości. Zwłaszcza że wszyscy są aktywni zawodowo.

– Płacę podatki, nie oszukuję. Więc, mówiąc szczerze, oczekuję z tego powodu zwyczajnego szacunku. Nie, nie bałwochwalczego, zwyczajnego: dziękuję, dzięki tobie kilkuset ludzi ma pracę – takie stwierdzenie padło w rozmowie z ankieterem.
Z drugiej jednak strony nadal uczą się zachowań prospołecznych. Ich działalność charytatywna ogranicza się do wspierania fundacji, bardzo rzadko myślą o sponsoringu np. sportowców czy artystów. – To jeszcze nie ten etap, nie z powodu braku środków, ale bardziej braku czasu – tłumaczą ankietowani.
Najbogatsi z list najbogatszych mają ludzi, którzy to za nich robią. Motyw PR też jest nie bez znaczenia.
Jeśli silniej angażują się w działania charytatywne, to głównie na szczeblu lokalnym: – Wspieramy działalność sportową młodzieży, która nie za bardzo ma się gdzie podziać, sponsorujemy drużynę piłkarską. Fajna rzecz, oczywiście to zysków nie przynosi, natomiast dzieciaki się cieszą.
Płacą podatki, czują się Polakami, pracują w Polsce, niewielu myśli o wyjeździe. Jeśli już, to dopiero na emeryturze. Rok wakacji na Krecie, dom w Portugalii czy na południu Francji, konto rentierskie – to przyszłość. Ewentualna. Na razie mają wiele do z(a)robienia. Tu i teraz.

 

Źródło – forbes.pl – Paweł Zielewski

  • Anna Nowalska

    Rentier zawód idealny, niestety nieosiągalny …

  • Agata Pietrzyk

    To skomplikowany problem relacji klasy bogatej i reszty, a zwłaszcza tych co dorobili się dzięki swoim pomysłom, a nie z dziedziczenia. I chyba dzisiaj jesteśmy na takim poziomie, że jak ktoś młody wymyślił coś oryginalnego i udało mu się jeszcze na tym zarobić, to wzbudza podziw.